poniedziałek, 19 grudnia 2016

Na polskich Kresach- o książce i filmie "Wołyń"

Gdyby nie rodzinna historia tocząca się na Wołyniu, nie wiedziałabym, że tak okrutne ludobójstwo na naszych rodakach miało miejsce w historii. Tak mało o tym mówią, a jest to wydarzenie, które wiele zmieniło w historii naszego kraju, mimo iż pierwsza połowa dwudziestego wieku, ze względu na liczne wojny, nie była tą najprzyjemniejszą. Tematem zainteresowałam się dosyć dawno, wiele informacji wyszukałam w internecie, lecz zauważyłam, że w różnych źródłach ludzie próbują zamazać naszą historię na rzecz przyjaźni ze wschodnimi sąsiadami.


Pani Jadwiga Klimaszewska, starsza profesor etnografii, była jedną z założycielek sierocińca w Pieskowej Skale niedaleko Krakowa, w którym zamieszkały dzieci ocalałe z rzezi wołyńskiej. Przez kilkadziesiąt lat przechowywała 129 listów, wysyłanych przez dzieci z sierocińca, które nigdy nie dotarły do adresatów. Pod koniec swojego życia przekazała je dr. Leonowi Popkowi, dzięki któremu powstała książka "Kres. Wołyń. Historie dzieci ocalałych z pogromu". Jednak książka nie powstałaby bez udziału dwóch dziennikarzy- Konrada Piskały i Tomasza Potkaja. To oni odnaleźli autorów listów i zebrali opowieści, których nie znajdziemy w innej książce.


Jak wspominał Konrad Piskała, rozmowy z odnalezionymi dziećmi- obecnie już starszymi osobami, których znaleziono zaledwie dziecięciu, nie były łatwe. Ci ludzie do tej pory żyją wydarzeniami z 1943 roku. 

Listy, których zdjęcia zamieszczono w książce, dzieci najczęściej kierowały do swoich rodziców. Większość z nich dopiero po wojnie dowiadywała się, że rodziców już nie ma. Listy te są niezwykle wzruszające, sam styl pisania wskazuje na to, że dzieci przejmują się losem rodzin i chciałyby znów zobaczyć swoich bliskich. Pisały także o organizacji życia w sierocińcu, nie chcąc martwić swoich rodziców. Mimo panującej tam biedy pisały, że mają co jeść, są szczęśliwe oraz że mają dużo kolegów i koleżanek. W rzeczywistości dzieci w młodym wieku musiały podejmować się pracy u okolicznych rolników i żebrać o kromkę chleba.


Jednak dopiero koniec książki uświadomił mi, jak wielka była to tragedia. Poczułam wewnętrzną pustkę. Dzieci zostały same, nie miały do czego wracać. O ile naprawdę przejęłam się wyznaniami świadków, zawartymi w środku książki, tak dopiero koniec wycisnął mi łzy z oczu. Czytając książkę, czułam, jakbym sama uczestniczyła w tych okrutnych wydarzeniach. Polecam wszystkim!



Dopełnieniem tego, co przeczytałam w książce, był film "Wołyń", którego premiera była na początku października. Od tamtego czasu zbierałam się do obejrzenia go. Zabrałam ze sobą dziadków, którzy także byli zainteresowani dziełem reżyserii Wojtka Smarzowskiego. Na sali siedziało bardzo dużo starszych osób, jak również młodych, chcących bliżej poznać tę historię.


Film przekazał ogrom emocji, które towarzyszyły ludziom na Wołyniu. Główną bohaterką była młoda aktorka Michalina Łabacz, grająca Zosię Głowacką. Był to jej debiut i uważam, że spisała się w swojej roli na profesjonalnym poziomie. Nie chcąc spojlerować, powiem tylko, że film jest wart obejrzenia. Pojawiały się zarówno sceny miłości, jak i tortur stosowanych przez Ukraińców. Koniec filmu jest dość trudny do zrozumienia i warty zastanowienia się. Reżyser w specyficzny i bardzo ciekawy sposób przedstawił koniec ucieczki głównych bohaterów. Niestety nieszczęśliwy, pokazany we wstrząsający sposób. Nigdy nie widziałam, aby ludzie wychodzili z sali w takiej ciszy. Nigdy.

Zdjęcia z planu filmu: filmwolyn.org

Love,
Julia