piątek, 2 czerwca 2017

Co MOŻE zaskoczyć w Czechach

Cześć :) Po długiej przerwie, prawdopodobnie najdłuższej w historii tego bloga, wracam z nowymi pomysłami. W międzyczasie zwiedziłam kilka miejsc, m.in. Pragę i Skalne Miasto w Czechach, gdzie pojechałam z Karpacza. Po drodze zobaczyłam Wrocław i zamek Książ w Wałbrzychu, a jeszcze wcześniej Częstochowę. Trochę tego było. Jednak dzisiaj chciałabym się skupić na temacie Czech, ponieważ byłam tam po raz pierwszy. Jeden dzień spędziłam w Skalnym Mieście, cudowne miejsce, zdecydowanie polecam pojechać przynajmniej na jeden dzień, tym bardziej dlatego, że jest bardzo blisko granicy z Polską. Jeden dzień miałam też okazję pospacerować po stolicy Czech. Przedstawiam Wam listę rzeczy, które mogą zaskoczyć, gdy wybieracie się w tamte strony. :) 

Skalne Miasto

Pierwsza sprawa to ograniczenia prędkości na czeskich drogach. To było dosyć dziwne, choć w tej kwestii jak najbardziej podoba mi się idea Czechów. Zamiast fotoradarów, na ulicach stoją takie... ekrany, na których wyświetlana jest prędkość, z jaką jedzie samochód, czy autokar, czy cokolwiek innego. Po przekroczeniu dozwolonej prędkości automatycznie światło na sygnalizacji zmienia się na czerwone, więc siłą rzeczy trzeba się zatrzymać. W ten sposób straci się zaoszczędzone sekundy na szybkiej jeździe, co tylko upewnia w przekonaniu, że nie opłaca się nigdzie spieszyć, narażając życie swoje i innych. 

Następna kwestia, która mocno mnie zaskoczyła. W różnego rodzaju sklepach można było znaleźć słodycze, napoje czy różnego rodzaju wypieki zawierające marihuanę w różnych postaciach. Są to produkty ogólnodostępne dla każdego, bez względu na wiek, nikt nie prosi o dowód przy kasie. Natomiast z kupnem alkoholu jest zupełnie inaczej. Nawet nie ma co liczyć, że uda się kupić piwo przez siedemnastolatka. 

Przejścia dla pieszych to coś, co na pewno zapamiętam na długo. W życiu nie widziałam, aby zielone światło trwało dosłownie parę sekund. Ludzie biegli, a i tak nie było możliwości zdążyć przed czerwonym światłem. Długość przejścia nie ma znaczenia, zawsze było to kilka sekund, dodatkowo odliczane na liczniku. Za to na czerwonym świetle można było stać i stać, i stać... Jedno z takich przejść uwieczniłam na zdjęciu, zwróćcie uwagę na liczbę ludzi, niektórzy z nich na pewno czekają 2 lub 3 kolejkę, aż uda im się przejść na drugą stronę. 

Praga

Porozumiewanie się z Czechami. Tu nie wiem, czy zacząć od tej dobrej, czy od tej złej strony. Może zacznę od tej dobrej. Czesi, a nawet obcokrajowcy mieszkający na stałe w Czechach, byli zawsze bardzo chętni do rozmowy. Pytali głównie, skąd jestem i jak mi się podoba w Czechach. Często mylono mnie z Rosjanką albo Ukrainką, więc niektórzy starali się pytać łamaną rosyjszczyzną, co z jednej strony było zabawne, a z drugiej całkiem sympatyczne. :) Widać było, że starają się nawiązać kontakt z obcokrajowcami. Jednak jest też ta gorsza strona, mam tu na myśli głównie azjatyckie ekspedientki w sklepach z pamiątkami w Pradze. Prowadząc sklep w najbardziej turystycznym miejscu czeskiej stolicy, wypadałoby, chociaż nauczyć się liczb po czesku lub po angielsku (!), aby bez problemu powiedzieć, ile klient ma zapłacić.

Praga

Apropos stolicy. :) Lepiej się w ten sposób nie chwalić, że przyjechało się z Warszawy. Język czeski bynajmniej nie jest odmianą języka polskiego, jak się niektórym może wydawać. Oprócz stolicy warto też uważać na szukanie czegoś, co po czesku jest wulgaryzmem, a o najbliższy sklep lepiej zapytać po angielsku, bo Czech zrozumie, że szukacie piwnicy. :) Język jest z jednej strony lekkim ograniczeniem, aczkolwiek bez problemu da się dogadać w prostych sytuacjach. Ja nie widzę sensu w rozmawianiu po angielsku w Czechach, choć niektórych wyrazów, znacznie różniących nasze języki, warto się nauczyć, aby uniknąć nieporozumień, lub nawet niechcący nie obrazić Czecha. 

Coś, co mnie osobiście nie spotkało, lecz słyszałam o takich przypadkach. Mam na myśli pułapki na turystów w postaci doliczanych na paragonach cen za usługi kelnerów w restauracjach czy stojące na stolikach, często nawet nieużywane przyprawy. Praga sama w sobie jest bardzo droga, dlatego dziwi mnie to tym bardziej. Nie wiem, czy tak jest wszędzie, czy tylko w kilku miejscach, aczkolwiek- może się zdarzyć.
Praga

To tylko kilka przykładów rzeczy, które mnie zaskoczyły i mogą zaskoczyć także Was. Zdecydowanie Czechy to kraj ciekawy, warty odwiedzenia, a Praga jest naprawdę przepiękna. 

Julia

środa, 22 lutego 2017

Szczotka- prostownica od Irresistible Me

Nigdy nie słyszałam o takiej firmie, jak Irresistible Me. Jakiś czas temu trafiłam na ich stronę i pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy, była szczotka prostująca włosy pod wpływem ciepła- Jade Hair Straightening. Ciekawe narzędzie, pod wpływem pozytywnych opinii postanowiłam wypróbować ten wynalazek na własnych włosach. 

Irresistible Me to bardzo dobra, amerykańska firma. Jest to ważne, ponieważ nie ryzykujemy straconych pieniędzy, zamawiając tandetę z Chin, mamy tu do czynienia z profesjonalną firmą fryzjerską. W Internecie możemy znaleźć tanie odpowiedniki tej szczotki, która kosztuje mniej więcej tyle, co dobra prostownica. Firma najbardziej znana jest z dobrej jakości włosów doczepianych, dostępnych w różnych kolorach i grubościach. Na stronie ich sklepu znajdziemy także wszelkiego rodzaju ozdoby do włosów oraz narzędzia do kręcenia i prostowania włosów, w tym szczotkę, którą ja zamówiłam. Na co dzień nie prostuję włosów, ponieważ mam naturalnie lekko falowane, prawie proste. W dodatku są bardzo gęste, więc nie chcę ich niszczyć. 

Czytając recenzje, zauważyłam, że szczotki przychodzą niektórym z hurtowni w Chinach. Nie wiem dlaczego. Moja przyszła w kilka dni z Niemiec. Standardowym minusem przy zamawianiu tego typu urządzeń ze Stanów jest wtyczka, która u nas nie wejdzie bez przejściówki, ale to kwestia kilkunastu złotych. Szczotka przychodzi do nas w ładnym, czarnym pudełku. W środku znajdziemy instrukcję w formie książeczki po angielsku. Co fajne w tej szczotce, to wyjątkowo dużo funkcji, jakie posiada. Temperaturę możemy dostosować pod własne preferencje lub kierować się instrukcją, w której znajdziemy informacje o temperaturze w stosunku do różnych rodzajów włosów. Tutaj spotykamy się z minusem, jakim jest skala Fahrenheita w ustawianiu temperatury. Nam może sprawiać kłopot. Kolejną, myślę, że bardzo przydatną funkcją, jest automatyczne wyłączanie po pewnym czasie nieużywania. W pośpiechu można zapomnieć o wyłączeniu takich urządzeń, więc szczotka wyłączy się sama, żeby nie trzeba było kontrolnie wracać do domu.;)


To może przejdę do kwestii, czy warto i czy w ogóle ta szczotka działa. Testowałam jej działanie na siostrze z kręconymi włosami. Szczotka ta posiada bardzo grube, nie wiem jak to nazwać, mam na myśli to, co czesze włosy. ;) Powoduje to straszne ciągnięcie i plątanie włosów. Dodatkowo bardzo naelektryzowała włosy i napuszyła. Nie wiem, skąd tyle pozytywnych opinii. Może to ja nie umiem z niej korzystać? Wtedy świadczyłoby to o tym, że jest trudna w obsłudze, ale wydaje mi się, że nie w tym problem. Wydaje mi się też, że używając takiej szczotki, nagrzanej do wysokiej temperatury, łatwo jest się poparzyć. Tradycyjna prostownica dotyka samych włosów, a taka szczotka także głowy. Nie wiem, czy warto w nią inwestować. Nie najeży do najtańszych, ale Wasza decyzja nie należy do mnie, to tylko moja opinia, jest także wiele dobrych recenzji. Według mnie, lepsze i tańsze prostownice znajdziemy nawet w marketach.


Love,
Julia :)

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Laila Shukri "Jestem Żoną Szejka"

Dubaj. Bogactwo, piękne pałace, szybkie samochody i wszechobecny przepych. To tylko przykrywka prawdziwego świata, którą odsłania Laila Shukri w swoich powieściach.

"Jestem Żoną Szejka" to czwarta i najnowsza książka napisana przez Izabelę- tak bowiem przedstawia się nam autorka. Jest nią Polka, która naraża się na ogromne niebezpieczeństwo, pisząc prawdę o życiu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Trafiła tam dzięki zagranicznemu kontraktowi, na który wyjeżdża z okazji otworzenia nowej filii firmy farmaceutycznej, w której pracuje. W swoich poprzednich powieściach wcielała się w poznane nad Zatoką Perską osoby, opisując ich przeżycia w pierwszej osobie. "Jestem Żoną Szejka" to pierwsza książka, w której Izabela opisała swoje doświadczenia i poglądy, oraz zderzenie z odmiennym światem, jakiego doświadczyła po zamieszkaniu w Emiratach na stałe.



Po przyjeździe, szybko zwróciła na siebie uwagę pewnego szejka. Wbrew woli rodziców oraz ostrzeżeniom szefa i koleżanek z pracy, Izabela zgadza się na ślub i zamieszkuje w ogromnym pałacu. Samir-mąż Izabeli- dba o nią i troszczy się o jej wygodę. Do dyspozycji ma liczną służbę, w tym Malati, czyli swoją osobistą służącą. Spełnia jej prośby za najmniejszym skinieniem. Mąż zabiera Izabelę w egzotyczne podróże, obdarowuje ją drogimi przedmiotami, biżuterią, kosmetykami. Mogłoby się wydawać, że żyje jak księżniczka, a jednak w tle opisuje dramatyczne historie, które dzieją się w tym kraju każdego dnia. 


Pomimo luksusowego życia autorki, musi się ona zmierzać z wieloma przeciwnościami losu. Jej chorobliwie zazdrosny mąż zakazuje jej rozmawiania z innymi mężczyznami, a wychodząc z pałacu, na co rzadko jej pozwala, musi zakrywać się od stóp do głów tradycyjnym ubiorem, noszonym przez kobiety w krajach arabskich. Jednak bardziej wstrząsające dla mnie są wątki z szejkiem Hamidem- bratem szejka Samira, który bez najmniejszego szacunku do kobiety grozi jej śmiercią, gdy ta zachodzi w pierwszą ciążę. Mąż Izabeli, aby ją chronić, wywozi ją na pustynię i oddaje pod opiekę plemieniu Beduinów. Tam spędza kilka dni, podczas gdy Samir wylatuje w ważną podróż służbową. Natomiast szybko wraca, gdy słyszy, że żona go potrzebuje. Mimo że Izabela była ze swoją służącą, czuła się bardzo samotna, dlatego cieszy się na widok swojego męża. Niespodziewanie okazuje się, że muszą uciekać. W długiej podróży przez gorącą pustynię do najbliższej oazy staje się straszna tragedia, którą autorka ciężko przeżywa. Przyznam szczerze, że sama czytałam te parę stron ze łzami w oczach. 


Oprócz swoich osobistych przeżyć Izabela opisuje szokujące fakty na temat kultury arabskiej i zbrodni, jakie się tam dokonują. Omawia między innymi temat małżeństw małych dziewczynek z sędziwymi mężczyznami. U nich normą jest, gdy ośmiolatka wychodzi za mąż za dziewięćdziesięciolatka. A raczej, zostaje zmuszana pod groźbą śmierci ze strony swoich rodzin. Także temat morderstw honorowych niemało mną wstrząsnął. Młoda dziewczyna, porwana i zgwałcona, została na koniec zabita przez bliskich, ponieważ w islamie, to kobieta jest winna tego typu zbrodniom. Handel ludźmi także został opisany w tej książce. Autorka nie zapomniała też o temacie tzw. państwa islamskiego oraz jego roli w świecie islamu. 


Ostatni rozdział książki jest idealnym podsumowaniem wszystkiego, co wcześniej przeczytałam.Są to najbardziej wzruszające zdania, relacje autorki z rodziną, mężem, wątpliwości co do tego, czy aby na pewno dobrze postąpiła, wychodząc za mąż za szejka. Po zamknięciu książki poczułam wewnętrzną pustkę. Powieść ta została napisana w taki sposób, że czułam, jakbym sama brała udział w opisywanych wydarzeniach, a przynajmniej obserwowała je z bliska. Bogate opisy i przemyślenia Izabeli pozwoliły poznać ją bliżej. Szanuję jej poświęcenie, bo bardzo bała się wydawać książki poruszające tematy, uznawane za tabu w krajach arabskich. Nie powinno się o tym mówić głośno. Nie było to łatwe, ponieważ ochrona nie ustępowała nawet na chwilę, Izabela była obserwowana z każdej strony. 


Na początku wydawało mi się, że jako zakochana żona szejka, będzie ukrywała prawdę o tym świecie, popierając czyny swojego męża wobec niej. Jednak autorka przedstawia swoje tamtejsze życie zarówno z dobrej, jak i złej strony. Szanuję ją za to i planuję zakup jej poprzednich książek. Swoją drogą, nie mogę nie wspomnieć o okładce, która jest po prostu śliczna, oraz języku, jakim posługuje się autorka. Każdym zdaniem zaciekawia coraz bardziej. Polecam wszystkim!


Facebook: Juliabloger
Instagram: juliaalicjaa
Vinted: juliaalicja
Snapchat: juliaalicjaa

sobota, 21 stycznia 2017

Wegański zestaw pędzli Zoeva Bamboo

Hej hej :)

Zapraszam Was na post do kawy, czyli moją opinię na temat pędzli marki Zoeva. Zestaw nazywa się BambooLuxury Set vol.2.

Zacznijmy może od tego, co znaczy, że pędzle są wegańskie. Nie, nie bez szynki i jajek, niektórzy mylą pojęcia i ograniczają weganizm do samego sposobu odżywiania się. A weganizm jest stylem życia, polegającym m.in. na nie kupowaniu produktów pochodzących od zwierząt, futer, skór ani kosmetyków testowanych na zwierzętach. Producenci pędzli z naturalnego włosia zapewniają, że ich włosie zostało w delikatny sposób wyczesane, prawda jest nieco bardziej drastyczna, dlatego zdecydowałam się na pędzle z włosiem sztucznym, w tym przypadku typu taklon. Jest to dosyć śliski materiał, często wykorzystywany przy produkcji pędzli. Patrząc z tej bardziej praktycznej strony, włosie syntetyczne chłonie mniej produktu, nie uczula i ma dużo innych zalet, których brakuje włosiu naturalnemu.

O marce Zoeva nie mogę powiedzieć zbyt wiele, ponieważ ten zestaw pędzli jest dla mnie jedyną podstawą do wyrażenia jakiejkolwiek opinii. Zoeva jest marką niemiecką, całkiem młodą, produkującą zarówno niesamowite zestawy pędzli, jak i kosmetyki. Co jest dla mnie ważnym aspektem, marka nie testuje na zwierzętach, także kupując pędzle nie miałam ich na sumieniu, bo nie wiem czy wszyscy wiedzą, testy są finansowane z pieniędzy klientów. Zdecydowanie jest to wyższa półka, inwestujemy w bardzo dobre produkty, wysokiej jakości. 

Zanim przejdziemy do samych pędzli, muszę wspomnieć o dodatkach dołączonych do zestawu. Pierwszym z nich jest duża kosmetyczka. Znajdują się one w każdym zestawie Zoeva, różnią się między sobą kolorystycznie i wielkością, w zależności od wielkości zestawu. Kosmetyczka w zestawie bambusowym na piękny, karmelowy odcień, w środku jest metaliczno-złota. Starannie wykonana i przepiękna. Oprócz tego, w zestawie znalazła się tuba do przechowywania pędzli podczas podróży, lub nawet na co dzień. Z tego co kojarzę, nie ma podobnej w innych zestawach, co czyni bambuski wyjątkowymi. :) Wygląda bardzo elegancko i również mi się bardzo podoba. Na początku myślałam, że będę ją wyciągać tylko na wyjazdy, jednak jest zbyt piękna, aby ją chować, więc trzymam w niej pędzle cały czas. :) Wykonana z tekturki i bardzo praktyczna.

Czas na najlepszą część. W zestawie znajduje się osiem pędzli, teoretycznie pięć z nich jest do twarzy, a trzy do oczu. Mówię teoretycznie, bo każdy może używać pędzli na swój sposób, byleby było wygodnie. Trzonek pędzli jest wykonany z bambusa, od czego z pewnością wzięła się nazwa kolekcji. Na nim nazwa i numer pędzla, znak kolekcji oraz nazwa marki. Skuwka jest złota, co odróżnia kolekcję od vol.1, która według mnie była nieco brzydsza. Te pędzle wyglądają wyjątkowo pięknie i luksusowo. Na skuwce wytłoczona nazwa kolekcji Bamboo. Są niezwykle piękne, nawet zdjęcia nie oddają ich uroku. Sama nie spodziewałam się tak starannego wykonania i cieszących oko kolorów, które po prostu trzeba zobaczyć na żywo.

O włosiu już co nieco powiedziałam, ale mogę dodać, że jest ultra miękkie i niesamowicie przyjemne. Spotkałam się z opiniami, że przez kolor włosia wygląda ono na wiecznie brudne, jednak obalam ten mit, pędzle wyglądają bardzo ładnie nawet z ciemnym włosiem. Wcale nie utrudnia to pracy nimi. Włosie w niektórych pędzlach jest mocniej zbite, w innych bardziej elastyczne. 


_______________

#103 Defined Buffer 
Jeśli istnieje coś takiego jak skośny flat top, to jest to właśnie ten pędzel. Odpowiednik znanych gąbeczek wśród pędzli. Podkład nałożony nim wygląda równie naturalnie.

#105 Highlight
...Czyli mniejszy odpowiednik #101. Wygląda dosłownie jak młodsza siostra. Stworzona do nakładania rozświetlacza i w tej funkcji spisuje się najlepiej. 

#109 Face Paint
Pędzel widocznie mniejszy od poprzednich, z krótszym trzonkiem i "spłaszczonym" włosiem. Idealny do konturowania.

#128 Cream Cheek
Najlepszy pędzel do różu. Można nim także nakładać puder, bronzer... Jeden z tych bardziej uniwersalnych puchaczy. U mnie znalazł rolę przy nakładaniu właśnie pudru.

#142 Concealer Buffer
Mały pędzelek służący według nazwy do nakładania korektora. Jakby się uprzeć, można nim rozblendować cienie na powiekach, jednak jest trochę większy od typowych pędzli tego typu.

#227 Soft Definer
#234 Classic Shader
Pędzle sprawdzające się przy nakładaniu cieni do powiek.

#317 Wing Liner
Najcieńszy i najbardziej precyzyjny, skośny pędzelek do brwi i eyelinera, jaki w życiu widziałam. Nawet zaczęłam malować nim kreski, co przy opadającej powiece jest nie lada wyzwaniem. 

_______________

Sporo nagadałam się o zaletach, to teraz czas przejść do wad. 

Kompozycja pędzli w zestawie. Zdecydowanie wymieniłabym jeden z dwóch podobnych do siebie pędzelków do cieni na porządny pędzel do pudru. Niestety, w całej kolekcji, nawet poza zestawem, ciężko znaleźć odpowiedni, puchaty pędzel. Jest jeden kabuki, ale ja nie przepadam za takimi modelami, więc korzystam z tego do różu, który nie jest idealny w tej roli. Czytałam, że zestawy są składane w taki sposób, aby właśnie jak najwięcej osób zdecydowało się na kupno osobnych pędzli poza zestawem. Im się to opłaca, nam niekoniecznie.

Cena. Niewątpliwie bardziej opłaca się kupić pełen zestaw z tubą i kosmetyczką za niecałe trzy stówy, niż kupować pojedynczo pędzle, które za sztukę zbliżają się do ceny 100zł. W zestawie wychodzi ok. 20zł za jeden pędzel, odliczając szacowaną cenę kosmetyczki i tuby. Także różnica spora. Jednak należy pamiętać, że płacimy za porządną jakość, świetne pędzle i po części także markę, która prężnie się rozwija.

Dostępność. W Polsce obecnie wyłącznie przez internet oraz stacjonarnie w drogeriach internetowych z opcją odbioru osobistego. Niedługo wejdą do Sephory, ale cena powala, także polecam kupować przez internet. Liczę na to, że Zoeva będzie lepiej u nas dostępna, ponieważ uważam,że jest to świetna marka, doceniam ją nie tylko za pędzle, ale i kosmetyki, których nie miałam okazji jeszcze testować.
_______________


Na marginesie wspomnę o ważnej kwestii, która dotyczy nie tylko tych pędzli, ale także innych produktów z wyższej półki. Szukając w internecie najtańszej oferty, natknęłam się na mnóstwo podróbek. Cena 100 złotych za zestaw warty 300zł nie jest normalna. Nie dajcie się nabrać. Allegro lub jego chiński odpowiednik to nie są dobrym pomysłem. Również kupowanie używanych pędzli od osoby, która zgubiła paragon lub dostała w prezencie więc nie ma gwarancji. 

Bez żadnych linków. Post nie jest sponsorowany, a moja opinia jest w 100% wiarygodna.

Love,
Julia :)

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Na polskich Kresach- o książce i filmie "Wołyń"

Gdyby nie rodzinna historia tocząca się na Wołyniu, nie wiedziałabym, że tak okrutne ludobójstwo na naszych rodakach miało miejsce w historii. Tak mało o tym mówią, a jest to wydarzenie, które wiele zmieniło w historii naszego kraju, mimo iż pierwsza połowa dwudziestego wieku, ze względu na liczne wojny, nie była tą najprzyjemniejszą. Tematem zainteresowałam się dosyć dawno, wiele informacji wyszukałam w internecie, lecz zauważyłam, że w różnych źródłach ludzie próbują zamazać naszą historię na rzecz przyjaźni ze wschodnimi sąsiadami.


Pani Jadwiga Klimaszewska, starsza profesor etnografii, była jedną z założycielek sierocińca w Pieskowej Skale niedaleko Krakowa, w którym zamieszkały dzieci ocalałe z rzezi wołyńskiej. Przez kilkadziesiąt lat przechowywała 129 listów, wysyłanych przez dzieci z sierocińca, które nigdy nie dotarły do adresatów. Pod koniec swojego życia przekazała je dr. Leonowi Popkowi, dzięki któremu powstała książka "Kres. Wołyń. Historie dzieci ocalałych z pogromu". Jednak książka nie powstałaby bez udziału dwóch dziennikarzy- Konrada Piskały i Tomasza Potkaja. To oni odnaleźli autorów listów i zebrali opowieści, których nie znajdziemy w innej książce.


Jak wspominał Konrad Piskała, rozmowy z odnalezionymi dziećmi- obecnie już starszymi osobami, których znaleziono zaledwie dziecięciu, nie były łatwe. Ci ludzie do tej pory żyją wydarzeniami z 1943 roku. 

Listy, których zdjęcia zamieszczono w książce, dzieci najczęściej kierowały do swoich rodziców. Większość z nich dopiero po wojnie dowiadywała się, że rodziców już nie ma. Listy te są niezwykle wzruszające, sam styl pisania wskazuje na to, że dzieci przejmują się losem rodzin i chciałyby znów zobaczyć swoich bliskich. Pisały także o organizacji życia w sierocińcu, nie chcąc martwić swoich rodziców. Mimo panującej tam biedy pisały, że mają co jeść, są szczęśliwe oraz że mają dużo kolegów i koleżanek. W rzeczywistości dzieci w młodym wieku musiały podejmować się pracy u okolicznych rolników i żebrać o kromkę chleba.


Jednak dopiero koniec książki uświadomił mi, jak wielka była to tragedia. Poczułam wewnętrzną pustkę. Dzieci zostały same, nie miały do czego wracać. O ile naprawdę przejęłam się wyznaniami świadków, zawartymi w środku książki, tak dopiero koniec wycisnął mi łzy z oczu. Czytając książkę, czułam, jakbym sama uczestniczyła w tych okrutnych wydarzeniach. Polecam wszystkim!



Dopełnieniem tego, co przeczytałam w książce, był film "Wołyń", którego premiera była na początku października. Od tamtego czasu zbierałam się do obejrzenia go. Zabrałam ze sobą dziadków, którzy także byli zainteresowani dziełem reżyserii Wojtka Smarzowskiego. Na sali siedziało bardzo dużo starszych osób, jak również młodych, chcących bliżej poznać tę historię.


Film przekazał ogrom emocji, które towarzyszyły ludziom na Wołyniu. Główną bohaterką była młoda aktorka Michalina Łabacz, grająca Zosię Głowacką. Był to jej debiut i uważam, że spisała się w swojej roli na profesjonalnym poziomie. Nie chcąc spojlerować, powiem tylko, że film jest wart obejrzenia. Pojawiały się zarówno sceny miłości, jak i tortur stosowanych przez Ukraińców. Koniec filmu jest dość trudny do zrozumienia i warty zastanowienia się. Reżyser w specyficzny i bardzo ciekawy sposób przedstawił koniec ucieczki głównych bohaterów. Niestety nieszczęśliwy, pokazany we wstrząsający sposób. Nigdy nie widziałam, aby ludzie wychodzili z sali w takiej ciszy. Nigdy.

Zdjęcia z planu filmu: filmwolyn.org

Love,
Julia

sobota, 19 listopada 2016

Poczta do Julii- Październik 2016

Hej :) Zapraszam Was do obejrzenia pocztówek, jakie przyszły do mnie w minionym miesiącu! :)


Jako pierwsze cztery piękne widokówki z czterech państw. Pierwsza pochodzi z Włoch, druga z Wietnamu, trzecia z Uzbekistanu (moja pierwsza pocztówka z tego kraju!) a czwarta to widok Sankt Petersburga w 1890r. 

Pierwsza kartka z kolejnej czwórki to moja pierwsza z wyspy Fidżi. Wcześniej nawet nie interesowałam się tą wyspą, natomiast po obejrzeniu zdjęć w internecie stwierdziłam, że to przepiękne miejsce! Druga przyszła z Chin. Trzecia przedstawia stroje ludowe Białorusi i wysłała ją dla mnie dziewczyna zafascynowana naszą kulturą i językiem. Ostatnia zaś przedstawia "jalebi" z Indii.

Pocztówka z Paryża to niespodzianka od Polaka z naszej grupy na Facebooku. Obok niej kolejna w mojej kolekcji pocztówka z Turcji, przedstawia meczet w Stambule. Następna to znowu Indyjskie danie, a ostatnia przedstawia naszą polską miejscowość Bytom Odrzański.

W ostatnim zestawieniu pocztówki z Niemiec, Francji i Kazachstanu. 

Love,
Julia :)

sobota, 15 października 2016

Poczta do Julii- Wrzesień 2016

Cześć :)
Ostatnio trochę wypadłam z rytmu, dlatego piszę nieco spóźnionego posta z moją wrześniową pocztą. Zapraszam! :)

-------------------------------------------------------------------------
Zacznę od flagowych pocztówek z 9 krajów: Holandii, Japonii, Norwegii, Czech, Niemiec, Indonezji, Austrii, Szwecji i Słowenii. Są one uzupełnieniem mojej małej kolekcji, którą zbieram już od sierpnia. 


Te trzy pocztówki pochodzą z wymiany z Eugenią z Rosji. Przysłała mi ona kartkę z jej miejsca zamieszkania- Kamczatki (na wschodnim końcu Rosji, piękne miejsce!), pocztówkę z Matrioszką oraz ostatnią, przedstawiającą rosyjski samowar.


Kolejne dwie to kartki z kolekcji "Greetings from...", które przywędrowały do mnie z Finlandii i Rosji. Do pełnej kolekcji brakuje mi już tylko kilku. :)


Następne są kartki z Turcji. Wbrew pozorom, nie są one od jednej osoby, a dwóch, pochodzą z jednego wydawnictwa. Dwie z nich, znajdujące się po lewej stronie, dostałam od pewnego Turka, za to ta po prawej, przyszła do mnie od niesamowitej dziewczyny- Ukrainki, która uwielbia podróżować. Mieszkała już w kilku krajach, obecnie mieszka właśnie w Turcji.


Kartki przedstawione na kolejnym zdjęciu są z Turcji, Chin, Anglii i USA. Pierwsza, z Turcji, to wynik wymiany, dwie kolejne to niespodzianki, a ostatnią wygrałam w konkursie na postcrossingowej grupie. :)


Kolejne pochodzą z Tunezji, Indii i Niemiec. Jedynie ta z Niemiec przyszła do mnie przez Postcrossing, pozostałe są z wymian. :)


Mapka przedstawiona na następnym zdjęciu to mapa wyspy Man. Stamtąd też przyszła do mnie ta pocztówka. Kolejna to przepis na tradycyjne, angielskie danie, a ostatnia widok Tokio nocą. Ostatnie dwie to oczywiście niespodzianki. :)


Te kartki zostawiłam na koniec, bo są po prostu brzydkie. Przyszły do mnie z palestyńskiej Gazy, nadawca wypisał je jak kura pazurem, na dodatek jedna z nich jest napisana po arabsku.


Love,
Julia :)